24 maja 2013

Korwin-Piotrowska w końcu wybuchła!



Pierwszy klaps na planie horroru pod tytułem „Korwin-Piotrowska pisze książkę o kulisach szoł biznesu” padł rok temu. Od tego momentu oczekiwanie na seans prawdy stało się otwartą receptą środków uspokajających dla wszystkich specjalistów PR w branży. Gwiazdy liczyły, że będzie to jednak autobiografia. Ich managerowie liczyli, że to tylko podręcznik organizacji rozrywki. Tabloidy miały nadzieję, że książka będzie rozbieraną sesją tajemnic ich okładkowych bohaterów. Tymczasem Karolina Korwin-Piotrowska pokazała wszystkim literackiego fucka!

„Bomba” okazała się magazynem osobistej amunicji rozrywki. Na rozstrzelenie pod ścianę śmierci wizerunku Korwin-Piotrowska ustawiła zarówno nazwiska legend, jak i zjawiska jednosezonowe. Nie przypuszczała jednak, że nitrując trotyl szczerości, sama wystawia się na rykoszet branży. Im więcej haseł w jej alfabecie, tym więcej karabinów wymierzonych w jej stronę. I chyba o to Korwin-Piotrowskiej chodziło, bo im więcej luf, tym większy huk.



A – autobiografia

Pierwsza część książki poświęcona jest samej autorce. Dedykacja „Mamie i Tacie dziękuję. Bardzo was kocham” przypomina bardziej speech przy odbiorze nagrody Nike, niż wstęp do książki najbardziej nierodzinnej dziedziny kultury. Jednak to, co następuje dalej pokrywa się częściowo z wcześniejszymi spekulacjami, lub mówiąc językiem szoł biznesu – plotkami. Korwin-Piotrowska robi rzecz, której zrobienia wielu celebrytom bronią ich wizerunkowcy – ujawnia backstage swojego dzieciństwa. Szczerością, z jaką jest to opowiedziane, można by testować wykrywacze kłamstw w fabrykach. Studium psychologii jednostki argumentujące obecną postawę dziennikarki wobec świata – chyba taki był cel?

B – botoks światopoglądu

Tytuł książki – „Bomba” – jest dobrym kierunkowskazem myślowym, zawartym wewnątrz. Bo rzeczywiście Korwin-Piotrowska wybuchła fajerwerkiem ocen, z których jest znana. W sposób momentami nadmuchany wyraża swoje opinie, sympatie, antypatie i niezgodę moralną na wymienione przez siebie zjawiska.  Czasami przytakuje, czasami grozi, czasami przestrzega, a czasami wyśmiewa. Ta książka to kobieta w średnim wieku i to działa na jej korzyść. Wojna estrogenów sugeruje dojrzałość oceny branży, w której sama funkcjonuje.
 

C – celebryci

Dobór nazwisk zastanawia. Od witaminy A do żelaza. Od aktorki do blogera. Od słodyczy do nienawiści. Czy to prywatna wojna autorki? O ile alfabetyczne przedstawienie wszystkich „haseł” może sugerować obiektywne podejście do celebrytów, to ich opis jest już mało encyklopedyczny. Wiadomo było, że po głowie dostanie Doda. Pewniakiem na pień kata był Wojewódzki. Wszyscy stawiali na wizerunkowy sztylet wobec Górniak. Ale Bracia Figa Fagot? Ireneusz Czop? Aleksandra Justa? Chyba każdy niedźwiedź wybiegł by z lasu, czując taką ilość miodu lanego na niektóre postaci. Korwin-Piotrowska desygnuje bohaterów książki według sznytu swoich występów w telewizji – nieprzewidywalnie i skrajnie subiektywnie.
 

D – dodruk

W kultowym obrazie „Sami swoi” Witia mówił do ojca o Jadźce: „ Jak ja się napatrzę ... tak dobrze (…) to jej tak nienawidzę ... że strach”. Podobnie jest z Karoliną Korwin-Piotrowską.  Ludzie tak jej nie znoszą, że aż….. wykupili pierwszy nakład jej książki w trzy dni(!). Drugi nakład też już się wyczerpał, co zakrawa na jakieś prześladowanie i paragraf. Ocena proporcjonalności internetowego hejtingu do realnego szacunku pozostaje dla socjologów.

E – eutanazja wizerunku

 W „Bombie”  autorka cytuje opinie bohaterów na swój temat, z których dowiadujemy się, że jest osobą, która „najpierw mówi, potem myśli”, że jest „psychicznie chora”, że jest „zawiścią, która się brzydko starzeje”. Dziennikarka wyraźnie wskazuje alter ego swojej wojennej natury - dystans. Karolina Korwin-Piotrowska w opinii masowej zazdrości uchodzi za symbol celebryckiego hejtingu. A co kryje się za kotarą medialnej denuncjacji? Kobieta, która była na Warszawskich Targach Książki tylko z wyglądu przypominała tę „zołzę z TV”. Wesoła, sympatyczna, towarzyska, inteligentna, wrażliwa na zwierzęta. Tylko maksymalny zoom aparatu był w stanie naocznie dowieść, że to ONA. Czy zatem czerwona lampka kamery jest linią autentyczności dziennikarki? Wyobrazić sobie można Korwin-Piotrowską, która przekraczając futryny prywatności zakłada kapcie, głaszcze psa, robi kanapki…? Można. I to też jest Korwin-Piotrowska. Zatem kompas moralny, wiodący od Karoliny-dziennikarki do Karoliny-kobiety jest dla wielu widzów zepsuty. Skoro sama autorka swoją buntowniczą naturę przekuła w zawód, to może wszystko, co napisała w „Bombie” o gwiazdach też nie ma nic wspólnego z ich prawdziwym „ja”?
 

F – fotografia

„Bombę” można potraktować jako photoshop polskiego szoł biznesu. Korwin-Piotrowska kartka po kartce sugeruje poprawki karier bohaterów, koloryzuje swoje wypowiedzi oraz ostrzy obraz opisywanych zjawisk na własne potrzeby.  Ale zakładać można, że najlepsze zdjęcie mogli paparazzi zrobić 6 maja w kolejkach do księgarń. Bo to właśnie gwiazdy jako pierwsze szturmowały empiki, by zobaczyć swoje (krzywe?) odbicie w „Bombie”.
 

G – gazety

Lektura tej książki zastąpi roczną prenumeratę gazet typu „people”. Jest tu tyle okładkowych osób, że nawet duże koncerny medialne mają mętlik przed oczami, patrząc na spis treści. Korwin-Piotrowska  czyta tyle tabloidów, że momentami jej książka też przypomina tabloid. Zapytać wypada do kogo kierowana jest „Bomba”? Gazetowe analizy, fosforyzowane oceny sugerują czytelnika, który co czwartek pije kawę z oczami w „Życiu na gorąco”. Książce absolutnie bliżej do schematu prasy kolorowej, niż pracy naukowej również z powodu zawartości publikacji. Temat nie jest ciężki, to i forma nie powinna przeciążać umysłowo. I właśnie ową plażowo-prasową strukturę można śmiało polecić na wakacyjne leniuchowanie.
 

H – historia własnego zdania

Ta książka nie powstała w tydzień, ba nie powstała w rok. „Bomba” to owoc kumulujących się w autorce agresji oraz napadów szacunku. To również wynik wielu lat bytu w tej trudnej branży. Publikacja jest wskaźnikiem doświadczeń, nabytych poglądów i …odwagi. Na tę odwagę nie mogłaby sobie pozwolić po roku pracy dziennikarskiej. Nikt by jej nie uwierzył, a właśnie wiarygodność jest podmiotowa. Można Korwin-Piotrowską kąsać za słownictwo, można opluwać za subiektywizm anty-dziennikarski, ale znajomości gwiazd i kulis rozrywki odmówić jej nie można. A skoro ma się wiedzę, to ma się też własne zdanie i to ono jest w „Bombie”.
 

I – Internet

Jednak ta książka to nie tylko gwiazdy, ich majtki i kochankowie w szafach. To też zjawiska. W „Bombie” zwrócona została uwaga na bardzo ważny, trendsetterski nurt blogerów. Autorka udowadnia, że z Internetu korzysta nie tylko w celu googlowania plam na ubraniach gwiazd. Przedstawiona w książce znajomość wielu blogów oraz umiejętność ich syntezy to dziennikarska podstawa w XXI w. Korwin-Piotrowska słynie też ze swojego uzależnienia od facebooka, co ma realne przełożenie na wirtualny byt. Jej fan page ma więcej lajków, niż profil m.in.   ….Edyty Górniak! *
 

J – język

„Bomba” jest językowo tak lekka, że mogła by być gadżetem do ptasiego mleczka. Kolorowy, soczysty, a nawet bulwarowy styl, jaki uprawia autorka może mieć dwojakie podłoże: trafić do jak najszerszej grupy czytelniczej i/lub niechęcią do próby porównywania jej twórczości z publikacjami prof. Godzica (SWPS, autor książek o celebrytach). Dziennikarka nie wykuwa czcionek wielkiej beletrystyki, ponieważ ani nie ma takiej potrzeby, ani czytelnik owej tematyki tego nie oczekuje. Fani Kuby Wojewódzkiego będą szukać podobieństw stylistycznych, fani Korwin-Piotrowskiej dostaną ją, taką jaką ją znają.
 

K – kalendarium

W zakończeniu „Bomby” spodziewać się można było całego różańca podziękowań, koralików wdzięczności czy pacierza decyzji powstania publikacji. Tymczasem dziennikarka postanowiła podsumować świat rozrywki w sposób znany z TVN Style - „66 niezapomnianych…..”. Subiektywnie wybrane momenty zwrotne w jej neuro-podejściu do rynku medialnego i nadwiślańskiego świata rozrywki. Jakie płyty są ważne dla uszu Korwin-Piotrowskiej? Jakie filmy zatkały tę wyszczekaną osobę? Odpowiedzi na końcu książki.
 

N – na językach

Tomografia prywatności gwiazd oraz ich zawodowej (nieraz) wegetacji przypomina wypowiedzi autorki z programów telewizyjnych. Patologiczna bezkompromisowość oraz ginekologiczna penetracja ich organów zewnętrznych z pewnością zadowoli wszystkich srebrnoekranowych fanatyków. Korwin-Piotrowska spakowała wszystkie swoje wypowiedzi w jedną torbę i nadała jako bagaż bardzo podręczny. Więc jeśli ktoś ominął, któryś z odcinków „Na językach”, wyłączyli mu prąd podczas „Magla towarzyskiego” lub teściowa zapakowała placek, w któreś z wydań „Wprost” – to w „Bombie” znajdzie brakujące wypowiedzi.
 

S – strach

Korwin-Piotrowskiej włączyła się podczas pisania „Bomby” buchalteria sensacji. Liczydło reakcji strachu bohaterów przed ową książką  zostało precyzyjnie wykalkulowane i przyniosło oczekiwany efekt. Wielu celebrytów wykasowało ją z komórki, ale też wielu wysłało dziękczynne zaproszenie na obiad. Czy warto było nerwowo obgryzać lakier z paznokci (podtytuł książki: „Kto powinien się bać?”)? Trzeba spytać samych zainteresowanych, ale jeżeli któryś z opisanych i/lub ich managerów ma do siebie tyle dystansu, co autorka, z pewnością książka będzie jedynie kolejną opinią na ich temat. Jeśli jednak, któryś z błyszczących obiektów astronomicznych dostanie zawału czytając o sobie –  to z pewnością zrobi najlepszy PR tej publikacji. Na wszelki wypadek recenzja tej książki celowo nie zawiera cytatów, wyrwanych z kontekstu wypowiedzi, ani „smaczków”. Silny jest „strach” przed sfastrygowanym użyciem wypowiedzi oraz świadomość, że jutro DeKulturator mógłby znaleźć na swoich serwerach ładunek wybuchowy z kartką „love, Karolina Korwin-Piotrowska”.
 

W – walcie się!

Karolina Korwin-Piotrowska przyzwyczaiła się już do wszystkiego, co można znaleźć na talerzu rozrywki. Wie, z czym się je zawiść. Wie, z czym się je zazdrość.  I dlatego napisała książkę taką, jaką sobie zamarzyła, mając świadomość tego, że dla wielu osób z branży ta publikacja będzie rozpałką w kominkach ich luksusowych domów. Jednak idąc pod prąd napisała to, co czuła. Napisała tak, jak poszczególne osoby postrzega. Jest już na tym etapie zawodowej bezczelności (czytaj: niezależności), że ma prawo rzucić niektórym w twarz „Walcie się!”. Bo ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. A sukces komercyjny „Bomby” jest z pewnością powodem do niekontrolowanej satysfakcji z pokazania wszystkim, że tak, jak zaplanowała „zarobiła na tej książce na lifting”**. 

  
Zderzyć swój wizerunek z opinią Korwin-Piotrowskiej to jak zderzyć się z tirem. Albo zdarzy się cud, albo długa rehabilitacja psychiczna.  Bo dziennikarka ma dobre oko i precyzyjnie swoje opinie celuje, więc niektórych na pewno trafił szlag. Jest złą macochą szoł biznesu i wyjątkowo osobliwie swoją pozycję okazuje. Ale to chyba jeszcze nie koniec bajki?
Jeżeli wiesz kim jest Korwin-Piotrowska – na pewno w księgarni obejrzysz tę książkę.  Jeśli wiesz kim jest Jola Rutowicz – kupisz tę książkę. Jeżeli odróżniasz  boks  od botoksu – zrozumiesz tę książkę. Ale jeżeli zalajkowałeś profil Gracjana Roztockiego – nie kupuj „Bomby”, bo może wyrządzić wiele szkody w twoim postrzeganiu świata.



* stan na dzień 24 maja 2013: Korwin-Piotrowska – 29 410 lajków, Edyta Górniak 24 033 lajków.

** cytat z „Bomby”.'



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz